Pamiętnik Wylogowanych 

Pamiętnik Wylogowanych to zapis luźnych myśli, notatek i spostrzeżeń naukowców biorących udział w eksperymencie. Ten pamiętnik nie ma on wymiaru naukowego, jest jedną z form dzielenia się naszym doświadczeniem próby odłączenia od Internetu. Wszystkie publikowane spostrzeżenia i anegdoty są prawdziwe, choć mogą pochodzić od różnych osób. Wszelka zbieżność miejsc i nazwisk nie jest przypadkowa

Poniedziałek - Dzień 1

6:00
Budzę się. Żyję. Wczorajszy wieczór był trudny, jak przed ważnym wydarzeniem, daleką podróżą. Coś ekscytującego i niepokojącego jednocześnie. Spałam bardzo niespokojnie, budzę się zmęczona. Na razie wędrówka do łazienki i przygotowanie porannej kawy nie przysparzają problemów. Całe szczęście ekspres nie jest sterowany elektronicznie. Do zapamiętania na przyszłość: dobrze się zastanowić, zanim pochłoną mnie aplikacje do zarządzania domem przez smartfon!

6:30
Zbliżają się kłopoty… Poranna kawa to obowiązkowo przegląd najważniejszych informacji w sieci. Jak nie to, to co? W głowie pustka, a zegar potwierdza moje obawy. Bez Internetu czas dłuży się w nieskończoność. Po co wstałam o 6:00?

7:15
Przygotowania do wyjścia z domu. Kto wie jaka jest prognoza pogody?! Wujek Google… Ale aktualnie znajduje się poza zasięgiem. Niefart. Radio i telewizja jak na złość nie udostępniają „na żądanie” informacji o rozwoju sytuacji meteorologicznej w Rzeszowie na najbliższe godziny. A ja muszę wiedzieć teraz, a nie o pełnej godzinie! Co widać za oknem, to widać, ale co będzie popołudniu? Ubieram siebie i syna „na cebulkę”. Wychodzimy.

8:00
No jasne. Prowadząc samochód dowiaduję się od redaktora jednej ze stacji (wyraźnie brzmiał jakby wiedział, że to musztarda po obiedzie), że jednak jedną warstwę ciuchów mogłam pominąć i trzeba było wziąć okulary słoneczne. No trudno, zmarszczki na czole się pogłębią od mrużenia oczu, ale nie sięgnęłam do netu! Moje pierwsze, małe zwycięstwo?

9:00
Odpalam laptopa… Siedzę przed nim chwilę lekko zakłopotana. Mało to użyteczne urządzenie, jeśli nie mogę otworzyć przeglądarki.

10:00
Od rana nie sprawdziłam maila. Niepokój narasta. Tam na pewno już jest Sodoma i Gomora, a ja o niczym nie wiem. Po kilku minutach paniki i bólu brzucha w końcu rozważna myśl – przecież istnieje telefon, jak będzie „pożar”, to zadzwonią. Racjonalne, nie?

Jak nie dzwonią, znaczy, że nic się nie dzieje. Chyba… taką mam nadzieję. Tak sądzę… Nie, no na pewno. A może… Stop! Trzeba znaleźć jakiś „zagłuszacz” tych myśli.

11:00
Notatki „sprawy do załatwienia” zajęły już dwie kartki odręcznych zapisków. Dawno tyle nie napisałam bez pomocy klawiatury. Pióro pobudza kreatywność. Ciekawe w jakim stopniu, gdy piszemy ręcznie, mózg inaczej przetwarza informacje? Połowa tematów wymaga maila, czas na kombinowanie… Decyzja zapadła, odkładam większość spraw na jutro. Załatwiam te, które się da bez Internetu. Zgodnie z zasadami naszego eksperymentu wyznaczam godzinę na sprawdzenie poczty pracowniczej. Co? Tylko trzy maile? Miała być lawina informacji… 10 minut i po sprawie. Zamykam Outlooka z poczuciem niedosytu.

12:00
Moja wydajność wzrasta zaskakująco. Przewidziane na dziś „To Do” mam z głowy, a tu dopiero południe. Niepokojące… Zabieram się za książkę, którą pożyczyłam z biblioteki jakieś 4 miesiące temu i wciąż robię kolejne prolongaty.

15:00
Trzy godziny lektury. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle czasu jednego dnia poświęciłam na analogową, papierową, absolutnie nie cyfrową książkę. Ze smutkiem konstatuję, że jakieś 100 razy mam ochotę sięgnąć do netu, żeby sprawdzić jakiś szczegół, przypis, dane… Bez Google nawet nie wiem jak poprawnie przeczytać nazwisko autora! Bez żartów. Jestem wykształconą kobietą, badaczką, matką, no przecież sobie poradzę jakoś… Mam nadzieję.

18:00
Jak to dobrze, że są dzieci, zajęcia popołudniowe i sprawy codzienne. Fantastycznie wypełniają czas i myśli. Paranoja wieczorna zbliża się wielkimi krokami… Potrafię całymi tygodniami nie pisać nic na Facebooku, potrafię przez kilka dni tam nie zaglądać, po prostu nie potrzebuję, zapominam. Inne social media mogłyby dla mnie nie istnieć. Za to właśnie dziś mam 17 pomysłów na wpisy na swojej tablicy, jak nigdy! Detoks internetowy widocznie wpływa na drogi moich myśli… To jak przy odchudzaniu, jak tylko myślisz o diecie, od razu robisz się głodny

19:30
W telewizji nic nie ma, męczy mnie… Dobrze, że wieczorem wychodzę. Po powrocie od razu położę się spać, bez sprawdzenia maila i Messengera. To będzie nowe doświadczenie.

23:00
Niedawno wróciłam z Radia Rzeszów – razem z dziewczynami opowiadałyśmy o eksperymencie i pierwszych wrażeniach. Chciałabym sprawdzić jakiś feedback w sieci – nic z tego niestety. Muszę uwierzyć mężowi na słowo, że było dobrze. Przed snem czytam jeszcze kilka stron książki o dziecięcych lękach. Czeka na półce od pół roku, a u starszego dziecka ostatnio coraz częściej włącza się „guzik strachu”. Nie wiem skąd on się wziął, ale skoro jest, próbuję neutralizować. Zasypiam z książką na twarzy, zamiast Iphona w ręce.

Wtorek - Dzień 2

6:30
Przezornie wstaję dziś pół godziny później. Człowiek uczy się na błędach. Poranek zagospodarowuję szczelnie porządkami, śniadaniem i przygotowaniem dziecka do szkoły, a siebie do pracy. Nawet świeżej dawki nowych informacji mi nie brakuje. Za to jak nigdy pamiętam o drugim śniadaniu!

8:00
Na zajęciach jedna ze studentek biorących udział w eksperymencie wyznaje, że „złamała się”, druga mówi, że „nie dała rady”. Chyba nieudolnie maskuję przerażenie w oczach. Powtarzam, że ważne są ich spostrzeżenia, żeby nie przerywały eksperymentu, to przecież dopiero drugi dzień. No właśnie… dopiero drugi! Po zajęciach kolejna studentka mówi, że zaczyna marzyć o uczelnianej platformie edukacyjnej, z której na co dzień prawie nie korzysta – „wie Pani, byle z Internetem się połączyć”. Czuję się staro słuchając ich relacji. Jednak różni nas dużo więcej niż wiek i wykształcenie. A może ja to jeszcze poczuję?

9:00
Wciąż bez kontaktu z siecią. „Trzymaj się”, „Będzie dobrze”, „Dasz radę”! Jeśli jeszcze kilka osób powtórzy mi takie teksty, to naprawdę uwierzę, że jestem ofiarą uzależnienia, która otrzymuje moralne wsparcie lokalnej społeczności, sekundującej mi na tej trudnej drodze do… Dokąd? Dobrze, że przed eksperymentem zapisałam numery telefonów do ludzi, z którymi najczęściej „się widzę” na Messengerze. Papierowy notatnik znów okazuje się bardzo przydatny.

10:00
Moja godzina z mailem pracowniczym. Wczoraj precyzyjnie rozpisałam do czego mam ten czas wykorzystać. Wystarcza 40 minut. 100% koncentracji i konsekwentna praca sprawiają, że to co normalnie zajmuje dwie godziny, załatwiam dużo szybciej. Odkrycie na miarę Kolumba, serio!

11:00
Z listą spraw ruszam działać „analogowo”, wizyty w kilku pokojach na uczelni i wykreślam z listy większość tematów. Jeden z mijanych znajomych z pracy nazywa Basię „wykluczoną”. Buntuję się – przecież to my podjęliśmy decyzję o tygodniu #BezSieci, jesteśmy wylogowani, a nie wykluczeni! A może ważniejsze jest jak postrzegają nas inni, a nie to co my myślimy?

12:00
Praca bez sieci? To niemożliwe, że wszystko, co chciałabym załatwić jest w mailach, gdzieś w odmętach wyszukiwarki internetowej albo na Wirtualnej Uczelni. Staram się. Wszyscy się staramy. Oksana chce zadzwonić do kogoś na uczelni. No, w końcu! Telefon stacjonarny – wybawienie. Okazuje się, że łatwe było tylko podniesienie słuchawki. „Jaki tam jest numer? – pyta”. „Sprawdzę Ci” – i machinalnie zamierzam kliknąć w ikonkę Outlooka z książką telefoniczną. Nie, jednak nie sprawdzę.

Teraz będzie trudniej. Współpracownicy, którzy nie włączyli się w eksperyment dają znać, że o naszym doświadczeniu robi się głośno w mediach. Dziwne uczucie… Wszyscy o tym mówią, a my nie możemy sprawdzić. Większość bieżących informacji jest poza naszym zasięgiem. Ciekawość mnie zżera.

13:00
Ludzie szybko przestawiają się na kontakt esemesowo-telefoniczny. Zaskakująco szybko! Dziennikarze też zaczęli dzwonić, robi się zamieszanie. Musimy szybko sprawdzić godziny i ceny połączeń do Warszawy. No i klops! Jak to się robi bez sieci?! Informacja telefoniczna nie istnieje! Na dworzec daleko, na lotnisko jeszcze dalej… Biuro Podróży?! Uff. Najłatwiej było zadzwonić do kolegi. Sprawdził. Oddzwonił. Powiedział. Czy to się liczy? Liczy. Potrzeba matką wynalazków.

15:30
Rodzice pochwalili się, że czytali o eksperymencie w sieci. Nawet chcą znaleźć te teksty i mi poczytać. Siedzę i patrzę się w sufit, słuchając jak próbują dotrzeć do źródłowych artykułów. Pewnie już bym je znalazła. Nie! Lepiej, żeby przestali przeszukiwać Internet. Bardziej mnie drażni myślenie o tym, że sama już bym miała to, co trzeba niż odstąpienie od poznania treści tekstów.

16:00
W domu nie mam problemu z siecią. Zaczynam podejrzewać, że to wyparłam, bo ludzie wokół nie mogą się nadziwić, że nam się udaje i że w ogóle się w to zaangażowałyśmy. Denerwuje mnie tylko, że zewsząd w pracy słyszałam, że media piszą o naszym badaniu, a ja nie mogę nic sprawdzić. To wykluczające, choć przecież wiem, że będę mogła wszystko poczytać za tydzień. Niecały tydzień. Tylko, że ja bym chciała już – przecież WSZYSCY już widzieli. Tylko nie ja. Nie my. To MY trochę dodaje mi otuchy, esemesujemy z dziewczynami więcej niż zwykle.
Tworzy się rodzaj wspólnoty. Pomaga… Tym bardziej, że pojawiają się pierwsi krytycy: „to bez sensu”, „wielka mi sztuka”, „tydzień bez Internetu to nie wyzwanie”, „a po co to? Skoro wiadomo, że bez sieci się nie da”. Ciężko jest każdemu tłumaczyć, że to kompletnie nie o to chodzi. To nie jest konkurs „na kto dłużej wytrzyma”! To badanie, naukowy eksperyment, który ma dać odpowiedzi na zadane pytania.

17:00
Koleżanka wysłała sms. Na Facebooku komentarze do naszego eksperymentu. No dobra! Jednak wypadłam na boczny tor. Ok, faktycznie jestem poza głównym nurtem. Tak! Dziwnie się czuję! Muszę to przyznać. Świat pędzi naprzód, jak zawsze, a ja jestem zawieszona w jakiejś bańce, do której docierają tylko szczątkowe informacje i to o określonych godzinach, niezależnie od mojej woli. Czy są mi niezbędne czy nie, to inna kwestia. Ale odczuwam ich brak i to mnie zaskakuje, a co gorsze również męczy.

19:00
„Pochłaniam” informacje z telewizji.

20:00
W domu zajęłam się książkami i pisaniem doktoratu. Mogę być z siebie dumna – dziś nie zmarnowałam ani minuty.

22:00
Nie pamiętam kiedy ostatnio kładłam się spać o takiej porze. W telewizji nie ma nic, co mogłoby przykuć moją uwagę w 100%. Często oglądam mimochodem pracując jednocześnie na laptopie, ale dzisiaj sama telewizja okazuje się za mało absorbująca, żeby poświęcić jej więcej czasu. Nuda!

No właśnie, nuda! Może to o nią chodzi. Susan Maushart też o niej pisała w „E-migrantach”. W „Cyfrowych rodzicach” też była o tym mowa. Może to nudy się boimy i dlatego mnożymy bodźce, które działają na nas w tym samym czasie. A może dzięki temu, że wciąż jesteśmy zajęci, czujemy się ważni i potrzebni…? Dopóki pędzimy mamy myśli zajęte milionem spraw. Zatrzymanie się powoduje, że… mamy czas pomyśleć. Przyjrzeć się sobie i temu co nas otacza, zadać pytania. A te pytania są trudne, niełatwo na nie odpowiadać. Więc pędzimy dalej.

Środa - Dzień 3

6:30
Łapię wprawę w porankach bez sieci. Później jest gorzej.

8:10
W drodze do pracy słyszę audycję w radiu. Słyszę i słucham! Od kiedy radio w moim życiu przestało być medium tła? Chyba właśnie od dzisiaj… Kolejny sms. Onet napisał o eksperymencie. Powinniśmy też zrezygnować z telefonu. Ten kanał komunikacji w swojej podstawowej funkcji jest ułomny, nie ma obrazu. Ememesy też wykluczyłam na czas eksperymentu. Z drugiej strony bez telefonu mogłabym w ogóle zapomnieć na tydzień o pracy…

9:00
Zaczynam być zmęczona szukaniem rozwiązań jak załatwić sprawy bez Internetu. Męczy mnie brak dostępu do bieżących informacji. Z drugiej strony czuję się bardziej wypoczęta, a mój mózg zdecydowanie przyspieszył obroty. A może to tylko wrażenie? Ku mojemu przerażeniu odkrywam jeszcze jedną zależność… Muszę zaufać ludziom, z którymi współpracuję i wyłączyć w głowie funkcje kontrolne. Przygotowuję plan organizacji i promocji ważnego wydarzenia na uczelni, większość działań dotyczy Internetu. Gotowe materiały przekazuję na pendrivie, instrukcje działania telefonicznie… Ale nie mogę sprawdzić jak wygląda efekt końcowy! Muszę uwierzyć na słowo!

10:00
Wszyscy pytają jak idzie eksperyment. Przyjechała na uczelnię dziennikarka, żeby porozmawiać z „szefową” eksperymentu, Basią, i jedną ze studentek w nim uczestniczących. Patrzyła na nas jak na króliki doświadczalne, powtarzając, że ona by tak nie mogła i że nas podziwia. Sama zaczynam siebie podziwiać! Przed eksperymentem myślałam, że najgorzej będzie ze skrzynką mailową w pracy, bo sprawdzanie jej raz dziennie w określonym limicie czasowym narzuca sztywne ramy i utrudnia życie. Okazało się, że to akurat najmniejszy problem. Najtrudniejsze jest odcięcie od głównego nurtu informacji i interakcji w cyfrowym świecie. Chyba jednak jesteśmy „wykluczeni”…

11:50
Włączam Outlooka. Czuję się jak pacjentka, której dietetyczka właśnie powiedziała, że może zjeść jedną kostkę gorzkiej czekolady. Maile załatwiam z chirurgiczną precyzją, szybko decydując co jest najważniejsze, a co może poczekać.

12:25
Pobijam kolejny rekord. Dziś było więcej maili niż wczoraj, a czas korzystania z sieci skrócił się o kolejne 5 minut. Tylko gdzie ja tak pędzę? 35 minut i koniec netu na dziś. I to na własne życzenie.

13:00
Znajomi i współpracownicy reagują coraz bardziej pozytywnie. Trochę jak wobec „odmieńca”, którego trzeba traktować ze szczególną uwagą i troską, ale lepsze to niż ironiczne spojrzenia lub życzenia szczęścia i woli przetrwania, jakbym wybierała się na Grenlandię albo na ring.
Ciekawa obserwacja – wszyscy starają się nas wspierać, oferują pomoc, tak jakby w ten sposób chcieli ukoić „nasze cierpienie”. Chociaż tryskamy humorem i energią, raczej nie przypominamy wykluczonych cyfrowo, to jednak jesteśmy „disconnected” na odwyku. A może to sama fascynacja eksperymentem tak nas pozytywnie napędza?

15:00
Po pracy wracam do codziennej krzątaniny, załatwiania mnóstwa, drobnych spraw, które skutecznie pochłaniają czas i pozwalają nie myśleć o eksperymencie. A jednak… Działam za szybko i po dziecko przyjeżdżam 20 minut przed czasem. No, szybkiego przeglądu maili i newsów na smartfonie nie zrobię tym razem. Chodzę wokół budynku zastanawiając się jak inaczej wykorzystać ten czas oczekiwania. Piszę smsy do koleżanek z pracy, współuczestniczek #BezSieci. Siadam na ławce i zatapiam się w myślach tak konsekwentnie, że prawie spóźniam się po dziecko.

17:00
Awaria! Help! Pomocy! Jak zamówić pizzę do domu, jak nie ma się numeru do pizzerii? Ludzie, to jest nienormalne! Jesteśmy tak „okablowani”, jak pisał Jonscher, że niektórych spraw nie da się załatwić inaczej niż w Internecie.

Pół biedy pizza, zrobię najwyżej sama, chociaż ledwo stoję na nogach, a zaczynamy być głodni. Pół biedy oceny syna w szkole, zawsze mogę liczyć na wyrozumiałość wychowawczyni, która przeczyta mi zawartość e-dziennika. Pal sześć zakupy na allegro, ostatecznie znajdę czas, żeby połazić kilka godzin po sklepach, chociaż tego nie znoszę. Ale na uczelni nie da się zamówić książki do wypożyczenia w bibliotece inaczej niż elektronicznie! Jak z przelewem polecę na pocztę, to naliczą mi dodatkowe opłaty, a w bankowości elektronicznej mam za darmo! Gdzie nie pójdę, to słyszę: „Pani zajrzy na naszą stronę, tam są wszystkie informacje”, „Koniecznie otwórz tę stronę, mówię Ci, ale heca!”, „Nasz numer telefonu i adres mailowy znajdzie Pani na naszej stronie internetowej”, „Wyślę Pani te fotki na FB albo na maila, dobrze?” Nie! Niedobrze!
Bardzo niedobrze!

Sfrustrowana przymierzam się do robienia pizzy i nagle… na lodówce dostrzegam przyczepioną magnesem ulotkę! Świecie jesteś piękny! Mężu, jesteś Genialny, że ją tam przyczepiłeś. Zanim następnym razem wyrzucę papierowe reklamy ze skrzynki (tej tradycyjnej, zawieszonej na parterze mojego bloku), dziesięć razy się zastanowię.

19:00
Włączam laptopa. Czas spisać zadania na jutrzejszy dzień. Rozmawiam z synem i nagle na ekranie komputera widzę otwarte okno przeglądarki. Ej, co jest?! Kto to zrobił? No przecież nie ja! Przecież nie działam aż tak automatycznie. A może jednak? Jednak tak.

21:00
Sięgam po kolejną lekturę z tej sterty książek od roku odkładanych do przeczytania. Trzeci dzień eksperymentu za mną. I żyję, choć coraz wyraźniej odczuwam zmęczenie. Wiele spraw odkładam na poniedziałek… Heh, a gdyby eksperyment trwał miesiąc? Albo pół roku, jak u Maushart? Musiałabym zmienić pracę, tryb życia, kontakty, wszystko… A przede wszystkim sposób myślenia.

22:00
Kładąc się spać chcę odruchowo podłączyć telefon do ładowarki. Ale chwila! Bateria 51%? No tak, z wyłączonym wi-fi i wszystkimi aplikacjami dłużej działa bez ładowania… Kolejne odkrycie Ameryki w tym tygodniu.

Czwartek - Dzień 4

6:30
Przyzwyczaiłam się do poranków #BezSieci. I dobrze mi z tym, dłużej mogę pospać, choć dziś akurat to kiepsko wyszło, bo zaspałam. Okazało się, że nie ja jedna, więc kładę to na karb pogody, a nie eksperymentu.

7:30
Już wiem co mnie najbardziej drażni w braku sieci. Niby mam telewizję (która bez równoległego korzystania z netu na laptopie zaczęła mnie męczyć), niby mam radio, niby są papierowe gazety… Ale na te media muszę czekać. Pojawiają się w określonym dniu, o określonej godzinie i mówią mi tylko tyle ile chcą, ile zadecyduje redaktor prowadzący. I jak na złość serwis informacyjny najczęściej kończą wtedy, kiedy robi się najciekawiej! A ja?! Muszę cierpliwie czekać na kolejny flesz informacji.

8:30
To już czwartek! Właśnie do mnie dotarło… Muszę porozmawiać z Iwoną, w pokoju jej nie ma, pewnie jest na zajęciach… Gdzie? No cóż, elektroniczny harmonogram, ech! Znów z pomocą przychodzi znajoma z pracy, która nie uczestniczy w eksperymencie. Bez sieci jestem uzależniona od innych! Od ich uprzejmości i tego czy sprawdzą dla mnie jakąś informację, czy nie.

10:00
Załatwiłam większość spraw na dziś bez najmniejszego problemu. Wyraźnie kanałem komunikacji stał się telefon, który dzwoni kilkanaście razy w ciągu godziny. Znak, że znajomi przestawili się na inną niż sieciowa formę kontaktu.

12:00
Pobijam kolejny rekord. Dziś w skrzynce mailowej było więcej nowych wiadomości niż wczoraj, a czas korzystania z maila skróciłam o kolejne 10 minut. And the winner is?;)

14:00
Kolejni dziennikarze docierają na uczelnię, żeby porozmawiać z nami o tym jak żyje się bez sieci. Normalnie, z każdym dniem coraz normalniej. Nabieram nowych nawyków. Czytam więcej książek, bo mam na to czas. Chodzę na dłuższe spacery, bo mam na to czas. Kładę się wcześniej spać, bo mam na to czas.

To trochę jak odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem. Brak Internetu w domu i w telefonie oraz do minimum ograniczony czas na maila pracowniczego sprawiają, że znów bardzo precyzyjnie planuję działania. Na początku wydawało się, że „pozasieciowe” załatwianie wielu spaw zabierze więcej czasu. A jednak… Jestem tak zorganizowana, że działam coraz szybciej. A brak „rozpraszaczy” typu Facebook lub Messanger paradoksalnie oszczędza mnóstwo godzin życia.

15:00
Dociera do mnie, że problemem nie jest to, że JA nie mam Internetu. Problemem jest to, że INNI MAJĄ INTERNET, a ja nie. I oni oczekują, działają, niejako wymuszając moja obecność w sieci. Podobno był o nas materiał w Teleekspress Extra, ale znów wiem to z drugiej ręki. Coraz bardziej irytujące!

Podczas zajęć w naszym studiu TV, zrobiłam studentom zdjęcia na pamiątkę telefonem, ale nie mam pojęcia jak wrzucić je na dysk. Mam jakiś kabel do Iphone’a? Chyba w innym życiu… Z kolei studenci chcą wrzucić nasze wspólne selfie na Facebooka i pytają mnie, czy mogą i na którym się sobie najbardziej podobam. Szczerze odpowiadam, że oczywiście mogą i wszystko mi jedno jak wyszłam. Skoro ja go nie zobaczę w sieci, to w zasadzie mi wszystko jedno, o ile nikt nie dorysuje mi wąsów. Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy politycy nie dbają o swój wizerunek w Internecie – skoro go nigdy nie poznają, nie bardzo ich on kłopocze; w sumie, jest trochę… wirtualny, czyli nieprawdziwy.

16:00
Eksperyment bez telefonu mógłby być survivalem. Internet umiem obejść. Znajduję rozwiązania, działania zastępcze. Radzę sobie. Ale bez telefonu byłoby dużo trudniej. Oczywiście, teraz potrafię zapomnieć na kilka godzin gdzie leży mój smartfon, nie trzymam go cały czas blisko siebie. Ale połowę istotnych spraw załatwiam teraz z jego pomocą.
Rozumiem jakim wyzwaniem dla Susan Maushart i jej dzieci było zrezygnowanie ze wszystkich mediów elektronicznych. I dlaczego ludzie wokół patrzyli na nią z politowaniem i zdziwieniem. My zrezygnowaliśmy tylko z sieci, a i tak większość znajomych niedowierza, że naprawdę tak żyjemy przez tych zaledwie 7 dni…

18:00
Jak to dobrze, że moje dziecko potrafi samodzielnie otworzyć sobie portal edukacyjny na tablecie… Gorzej, że tablet „krzyczy” o aktualizacje, ale tym zajmę się w poniedziałek.

18:30
W TVP3 Rzeszów mówią w „Aktualnościach” o eksperymencie. Nawet nie wiedziałam, że w kablówce mam telewizję regionalną. No i chwilę mi zajęło zanim sobie przypomniałam, o której nadawane są aktualności.

21:00
Jestem zmęczona ciągłym myśleniem o tym, że nie mam Internetu. Przestałam już wypełniać dzienniczek ręcznie – bo w ten sposób ograniczam się jedynie do sprawozdawczości. Zero refleksji i pogłębienia myślenia. Martwi mnie to, że nie umiem pisać ręcznie. Poza krótkimi notatkami na „przypominajkach”, nie jestem w stanie przejść na kartce papieru od punktu A do punktu B, a co dopiero do Z. Potrzebuję „copy-paste” jak… koń owsa.

Wczoraj przepisałam mój dzienniczek do pliku i od razu wniosek, widoczny jak na dłoni: na klawiaturze piszę więcej, szybciej, chętniej, łatwiej i zdaje mi się, że mam więcej przemyśleń. Jakby widok ekranu uruchomił w mojej głowie guzik odpowiedzialny za twórczość. Czy naprawdę nie umiem już myśleć linearnie, z długopisem w ręce? W końcu pisałam ręcznie przez wiele lat, jeszcze na I roku studiów politologicznych napisałam ręcznie 10 stron eseju o samobójstwie jako zjawisku społecznym (podobno wyszedł mi nawet esej, czym prowadzący był bardzo zaskoczony i ja w sumie też. Potem poszłam na dziennikarstwo).

To spostrzeżenie wyraźnie nas różni. Ania powrót do ręcznych notatek powitała z radością.

Zastanawiamy się jak bardzo są to kwestie osobowościowe…

Piątek - Dzień 5

6:30
Dzień jak co dzień. Te poranki bez Internetu wchodzą mi w nawyk. Ciekawe czy utrzymam to po eksperymencie? To miłe. Spokojnie wstać, napić się kawy rozmawiając z dzieckiem lub patrząc za okno zaplanować dzień. Nie rozpraszać myśli strumieniem informacji z sieci.

8:00
Przestawiałam się na radio. W pracy coraz sprawniej załatwiam wszystkie zadania. Bez Internetu udaje się nawet zespołowo zorganizować nagranie z dziennikarzem z Warszawy. Niemniej sieć ułatwia życie. Gdyby nie wsparcie innych, mieli byśmy kłopoty z kilkoma sprawy. Żeby było śmieszniej, coraz częściej, nieproszeni o pomoc znajomi z pracy sami zawczasu podejmują działania ułatwiające nam życie, np. drukują istotne dokumenty, artykuły, pilnują, żebym przypadkiem nie zobaczyła otwartej przeglądarki na ich komputerach. Tak jakby starali się, żeby na końcówce eksperymentu nic go nie zakłóciło.

10:00
W Bibliotece pani była tak uprzejma, że sprawdziła czy książka, której szukam jest dostępna. Spytała czy proszenie o pomoc nie zaburza eksperymentu. Właściwie to zaburza, jeśli przyjmiemy, że mamy przeżyć tydzień bez sieci i wszystkich jej dobrodziejstw. Nie zaburza, jeśli naszym pytaniem badawczym jest: co się stanie? Jak sobie poradzimy? Jak będziemy reagować? Czy starsi, młodsi, bardziej zapracowani, towarzyscy i samotnicy będą mieli te same kłopoty? To jest dużo ciekawsze…

11:45
Do tej pory nie przychodziło mi do głowy ile rzeczy „musimy” robić przez Internet, bo inaczej już się nie da lub zabiera to tyle czasu, że się nie opłaca i nikomu nie przychodzi do głowy, że ten wysiłek podejmować. Zniknęła telefoniczna pogodynka i informacja telefoniczna, w niektórych bibliotekach nie ma już tradycyjnych katalogów, a książki można pożyczać tylko online. Wiele szkół informacje publikuje na swoich stronach, istnieją e-dzienniki, a wychowawcy kontaktują się z rodzicami mailowo. Na dłuższą metę bez Internetu jesteśmy wykluczeni…

13:00
„Nadszedł czas Człowieka Elektronicznego, dla którego media są niczym plemienny bęben. To one narzucają rytm działania i powodują, że choć coraz więcej widzimy, to niekoniecznie więcej wiemy i rozumiemy. Deficyt wiedzy i rozumienia zastępują emocje dające widzom medialnego spektaklu poczucie uczestnictwa w gorącej, neoplemiennej wspólnocie”, napisał Edwin Bendyk w Prologu „Niezbędnika Inteligenta” Polityki poświęconego „Wielkiemu Post”.

Eksperyment obudził we mnie takie właśnie rozważania. Media, a zwłaszcza Internet, narzucają rytm działania. Rytm dnia dla wielu to kolejne powiadomienia na smartfonie. Pulsujące rytmicznie światełko jak bicie serca na ekg… Budzą się i zasypiają z ekranem przed oczami. Otwierając oczy mechanicznie sięgamy po telefon, zamykając je odkładamy go trochę na oślep, na pamięć. Blisko, żeby zawsze był pod ręką.

14:00
Na jutro mam przygotować tłumaczenie abstraktu doktoratu językoznawczego z języka angielskiego na polski. Utknęłam już w drugim zdaniu. Spoglądam na ikonkę – „brak połączenia sieciowego”. Spoglądam na półkę – ledwo tknięty słownik, który dostałam na zakończenie liceum. Wiem, że zejdzie mi sto razy dłużej, ale zabieram się za kartkowanie. I nagle… no nie wierzę! Na samym końcu słownika jest dołączona płyta CD ze słownikiem interaktywnym, ćwiczeniami gramatycznymi i słownictwem. Zestaw idealny przed zeszłorocznym egzaminem z angielskiego w pracy. Nie muszę chyba pisać, że użyłam jej pierwszy raz w życiu, przez blisko 10 lat nie wiedziałam o jej istnieniu.

16:00
Wczoraj przez chwilę próbowałam oglądać tradycyjną telewizję, około 22. „Królowe życia”, „Szybcy i wściekli 5” (albo 6)… Dramat. Dla kogo oni robią tę telewizję? Chcę Netflixa. Żądam Netflixa i NIEOGRANICZONEGO WYBORU DÓBR KULTURY. Nawet za darmo nie chcę, mogę płacić, o ile nie będzie reklam. Te są tak samo beznadziejne, jak programy w trakcie których je emitują.

17:30
W moim ukochanym, ratunkowym numerze „Przekroju” wywiad z Anthonym Giddensem (natchnął mnie na habilitację) i fragment książki Thoureau o jego dwuletnim życiu na łonie natury w leśnej chacie. Ta książka zainspirowała do półrocznego niekorzystania z sieci Susan Maushart, czego efektem była jej książka „E-migranci”. To ona z kolei jest przyczyną całego zamieszania z naszym eksperymentem. Pomyśleć, że wzięłam ją z półki w małej, publicznej bibliotece zupełnie przypadkowo. Swoją drogą, kolejny zbieg okoliczności, że akurat teraz „Przekrój” drukuje ten fragment z Thoureau… Analogowy świat do mnie mówi…?
Chyba zaczynam wariować.

Sobota - Dzień 6

9:00
Od rana łapię się na tym, że wciąż myślę o tym, że nie mam Internetu. Wcale go szczególnie nie potrzebuję w sensie praktycznym – nieustannie wraca do mnie jednak myśl, że nie mam dostępu do… świata. Choć przecież wiem, że świat jest za oknem – moim oknem, a nie oknem Opery czy Mozilli.

Uśpiłam dziecko i zamiast położyć się z córeczką, włączam laptop – zawsze to namiastka technologii…

Dręczy mnie myśl, że aby czuć kontakt z ludźmi, muszę od nich dzwonić lub pisać. Normalnie wystarczy status „dostępny” na Facebooku albo „aktywny” i czuję, że inni mnie widzą. Czy teraz mnie widzą? Dlaczego to jest ważne? Niby wiem, cyfrowy narcyzm. Niby to wszystko wiem. I co z tego, skoro racjonalne wyjaśnienie nie wystarcza, aby poczuć spokój i zająć się codziennymi sprawami.

Ciekawe, jakie będą odczucia studentów, biorących udział w eksperymencie. Czy ktokolwiek oprócz nas wytrwa do końca? Na 116 osób ktoś musi być dzielny. Musi?

12:00
Chciałabym zrobić research do habilitacji, żeby sprawdzić, czy mój pomysł na ręce i nogi. To musi poczekać, ale przecież koncepcję mogę opisać. Wykazać, że laptop bez podłączenia do Internetu też może się do czegoś przydać. Poza słuchaniem starej muzyki z dysku, zanim ściąganie jej na stałe przestało mieć jakikolwiek sens… PS. Po zakończeniu eksperymentu nie zainstaluję aplikacji do Facebooka na telefonie. To już postanowione.

15:00
Dostaję SMS-a: „Bierzesz udział w tym eksperymencie? To dlatego olałaś mnie na Messengerze?”. Uśmiecham się. Myślę o tych wszystkich ważnych, megaważnych i arcyważnych sprawach, które mnie omijają i o ile jestem przez to szczęśliwsza.

Niedziela - Dzień 7

11:00
Dziś ostatni dzień i od rana chodzę nabzdyczona. Mówiła tak moja przyjaciółka z liceum. Kiedy ostatnio się widziałyśmy? Pół roku temu? Nie wiem, czy fakt, że mieszka na drugim końcu miasta, jest wystarczającym powodem, żeby się odwiedzać dwa razy w roku. Jakoś w liceum jeździłam do niej autobusem, zajmowało to godzinę i mi to nie przeszkadzało.

Dzisiaj miałam sen. Śniłam o przyjaciołach ze szkoły, o tym, jak jechaliśmy razem na klasową wycieczkę pociągiem w III klasie liceum. Wszyscy cieszyliśmy się, że jesteśmy razem i przez całą drogę po prostu rozmawialiśmy. O głupotach, jasne, czasem o niczym, przesiadając się od jednej grupki do drugiej. Cieszyliśmy się, że jesteśmy razem, że przed nami wiele godzin bycia razem i nie robienia nic konkretnego. „The grass was greener”, że tak powiem. Nawet nie miałam wtedy komórki, choć może trudno w to uwierzyć. I mama nie miała ze mną kontaktu przez 4 dni! Teraz mama dzwoni do mnie 4 razy dziennie, choć mam 33 lata, a z przyjaciółmi ze szkoły kłócimy się przez Messengera o sytuację polityczną na świecie, bo ktoś coś przeczytał na czyjejś ścianie na Facebooku.

14:00
Staliśmy się współuczestnikami tego eksperymentu, będziemy więc emocjonalnie związani z jego oceną przez otoczenie. Ciekawe czy dotkną mnie te wszystkie komentarze i opinie, które przeczytam po zakończeniu #BezSieci… A może nie będę ich czytać? Ciekawość przeminęła, już mnie nie ciągnie do tych newsów.

16:00
Wyraźnie mój mózg dąży do syntezy, wniosków. Podejmę wyzwanie!

Internet oszczędza czas (przyspiesza poszukiwania, kontakt, codzienne sprawy) i daje możliwość wyboru (ja decyduję kiedy, jak i gdzie zweryfikuję informacje). Nie o to chodzi, żeby zacząć żyć #BezSieci. Ale tydzień #BezSieci dał mi do myślenia.

Czuję się jakbym odzyskiwała kontrolę nad czasem spędzanym online i nad pracą. Wydawało mi się, że jestem zorganizowana, świadoma, kontroluję swoje życie. Okazało się, że podłączenie do sieci i sprawdzanie maila bardziej rozprasza, mnoży bodźce, które obciążają moją głowę i emocje. Odcięcie od sieci wzmocniło moją koncentrację na konkretnych zadaniach i zwiększyło kreatywność. Przestałam czuć się osaczona informacjami i pod presją kolejnych zadań. To ja decyduję. I chcę, żeby tak zostało. #BezSieci przypomniało mi jak żyłam kiedyś i że warto przynajmniej częściowo wrócić do tamtych zwyczajów. Internet ma być narzędziem, które ułatwia życie i oszczędza czas, a nie równoległą rzeczywistością, która przejmuje kontrolę nad moimi myślami.

Ciekawa jestem jak odbiorą to studenci. Czy oni też wrócą do zwyczajów sprzed sieci? A może nie mają do czego wracać i uczą się tego od nowa?

19:00
Właśnie wróciliśmy do domu. Przytaszczyłam od mamy z półki angielskie opowiadania z 1978 r., postanowiłam je w końcu przeczytać. Zawsze chciałam, bo intrygowała mnie okładka, ale jakoś taki szary papier… no sama nie wiem. Dziś ostatni dzień bez sieci – kołacze mi się po głowie niemal bez przerwy. Znów myślę, że wcale nie chcę się „podłączać” z powrotem. Zastanawiam się czy moje przeżycie jest w jakiś sposób jednostkowe – może tylko ja uzależniłam się od codziennej dawki faceboowych newsów - ile z nich to tzw. „fejki”, lajków, publikowania zdjęć z każdego spaceru? Może tylko ja i studenci? Czy ludzie w moim wieku potrzebują Facebooka? Ile lat ma Zuckerberg? Nawet nie chcę od razu tego sprawdzać. Już nie.

23:59
Obudziłam się na kanapie, na której usypiałam starsze dziecko – gonitwy po ogrodzie ścięły nas o 21:00, bez Peppy na kolację i bez „Faktów”, które w tradycyjnej telewizji są w ogóle bez sensu - nadal nie chcę godzić się z tym, że to szef wydania decyduje za mnie, co jest ważne, a co nie. Z drugiej strony, tak łatwo oddałam przecież rolę gatekeepera algorytmom Facebooka. Dziwne. Za minutę koniec eksperymentu – mogłabym rzucić się na sieć jak wygłodniały pies. Myślę o tym, co będzie jutro w pracy – ile zaległych powiadomień będę musiała (musiała?) odczytać? Ile maili zaleje służbową skrzynkę (w końcu już koniec, więc znowu można do nas swobodnie pisać)? O której ocknę się, przyklejona do ekranu i ile zakładek na raz otworzę? Czy Basia miała racje mówiąc, że to już ogon macha psem? Czy będę takim psem?

0:14
Nie rzuciłam się na Internet. Na próbę włączyłam na tablecie stronę sklepu z odzieżą, żeby sprawdzić, czy mają sprzedaż internetową. Nie mieli, więc wyłączyłam urządzenie i przysiadłam na pufie obok męża, który pracował jeszcze przy biurku. Poczułam się, jakby mnie olśniło – choć wiem, że badacze procesów twórczych odeszli już od koncepcji nagłych olśnień.

Zaczęłam się zastanawiać, co mi dał ten eksperyment i jak mogę wykorzystać ten czas. Nie mogę pozbyć się jednego wniosku (który dotyczy mnie na pewno, nie wiem, jak innych i brzmi górnolotnie, bo tydzień to jednak bardzo krótko): że czas bez sieci przywrócił mi zdolność jasnego myślenia o celu i środkach do niego prowadzących. Że pozwolił mi zapomnieć o paraliżującym działaniu negatywnego feedbacku ze strony otoczenia – początkowo frustrująca myśl o tym, że nie mogę przeczytać medialnych doniesień o eksperymencie, okazała się w końcu zbawienna – spokojnie żyłam offline, ciesząc się z nowego doświadczenia i zastanawiając się, jak je twórczo i naukowo wykorzystać.